O co w tym wszystkim chodzi?

W ostatnich dniach wiele polskich mediów (zwłaszcza internetowych i papierowych) donosiło o działaniach obecnych władz Ministerstwa Edukacji i Nauki związanych, chociażby z listami czasopism i wydawnictw, czy ze zmianami w szkolnych podręcznikach. Wydarzenia te, choć oczywiście same w sobie budzące niepokój, stanowią element coraz wyraźniej rysującego się planu realizowanego przez ministra P. Czarnka i jego współpracowników.

Uczelnie to wszak wylęgarnie mitycznego „lewactwa”, uznawanego przez obecną władzę i jej zwolenników za wroga publicznego nr 1. „Lewactwo” sprzyja Unii Europejskiej, propaguje prawa kobiet, otwarte podejście do relacji międzykulturowych, postuluje wprowadzenie do szkół edukacji seksualnej, otwarcie krytykuje postawę Kościoła Katolickiego i wytyka władzy intelektualną mizerię. A nade wszystko jest ostoją wolnego i inkluzyjnego myślenia o współobywatelach i państwie. Jednym słowem same potworności, którym trzeba dać stanowczy odpór. W państwie, które usiłują zbudować obecnie rządzący, nie może być bowiem miejsca na samodzielne myślenie czy poszukiwanie najlepszych rozwiązań. „Media publiczne” powiedzą nam co mamy myśleć, a władza co jest dla nas najlepsze. Kościół jako ostoja jedynej, słusznej moralności (czytaj: gwarant utrzymania „rządu dusz”) nie może być atakowany, choćby dopuszczał się zbrodni, żadne zaś „wynalazki” o charakterze emancypacyjnym nie mogą mieć styczności z naszą młodzieżą.

Środowisko akademickie o "pakiecie wolnościowym" Czarnka: otwarcie drzwi  fanatyzmowi i ksenofobii - WiadomościNie ma więc wątpliwości, że droga do stworzenia świata według marzeń prawicowych „wizjonerów” wiedzie przez świat uniwersytecki. To tu mają powstawać kadry dla kolejno przejmowanych elementów państwa takich jak zawody prawnicze, dziennikarze, nauczyciele itd. A wprowadzane kolejno zmiany w systemie ewaluacji pracy naukowców i uczelni, warunkach awansów uczelnianych itd. mają doprowadzić do szybkiego wyłonienia „nowej elity”, która będzie mogła zarządzać uczelniami i decydować czy jesteśmy wystarczająco prawomyślni, by zostać wykładowcami, profesorami czy dziekanami. Nie wolno nam zatem patrzeć na rozgrywające się wydarzenia z przysłowiowym przymrużeniem oka i przypisywać zmiany przypadkowym, chaotycznym ruchom nieprzygotowanych urzędników. Wszystkie te małe i większe kroczki przybliżają nas do sytuacji, w której nie będziemy już mogli mówić o wolności badań i dyskusji naukowych czy autonomii uczelni. Wystarczy bowiem uzmysłowić sobie, że na podstawie nowych kryteriów i manipulacji choćby listami czasopism, będzie można kierować strumieniami finansowania tak, by wspierać placówki przychylne władzy i niszczyć te wobec niej krytyczne. Niemożliwe…? Powiedzcie to Turkom, Węgrom, Białorusinom i Rosjanom… (PK)

Nasza DEKLARACJA WOLNEJ NAUKI